(Zachod slońca....)
Przyjazd Seniora spowodowal lekkie zamieszanie,wszyscy kolo niego. Przywitali sie i powoli zajeli swoimi sprawami,porobily sie male grupki do rozmow.Troche trzeba podonosic -aperitiv przed obiadem.Czyli obiad juz chyba z kolacja bo tak pozno kto je obiad-o jakze sie myle....
Aperitiv na tarasie,dzieci tez dobiegaja,ale obiad dzieci jedza w kuchnio-jadalni,a dorosli na zakrytym tarasie.Jest cieplo,widoki z tarasu niesamowicie piekne,choc nie ma czasu na podziwianie.Jose cos do mnie mowi,powtarzajac slowo paeja (paella),Anna mowi paedrzia-okazuje sie ze jest to jakies danie typowo hiszpanskie na bazie owocow morza i ryzu. Podaje sie na stol na olbrzymiej patelni i oni sami sobie serwuja.
Serwuja sami,bo Anna powiedziala,ze ona sie tego nie tknie,nie moze patrzec jak jedza te owoce morza.Haha-fajne,czyli nie powinna narzekac skoro pozwalaja jej w pracy wybierac co chce robic.Mowi,ze to nie tak,nie byli zadowoleni,ale sie uparla i tak jest,ale jak ja chce to moge im podawac,czego mi nie radzi bo pozniej zawsze beda mi wciskac rzeczy,ktorych inni nie robia.Okazuje sie, ze Jose sam bedzie serwowal-jest duzo osob.Na olbrzymiej patelni widze zolty w kolorze ryz i wystajace wasy krewetek,a takze malze,duzo kawalkow ryby....Ja oczywiscie sprobuje,skoro im sie nic nie dzieje,dlaczego mam nie sprobowac dania typowo hiszpanskiego,ktorym ponoc zachwycaja sie wszyscy.
Jemy w kuchni w towarzystwie Josego i Starsza Pani co chwile przychodzi czy nam czegos nie potrzeba.Tutaj Anna mowi,ze jest wspaniala kobieta,zawsze dba by Ci co dla niej pracuja byli zadowoleni.Jose pokazuje mi jak sie obiera krewetki.Tlumaczy,jak sie przygotowuje taka paelle,ale Anna stwierdza,ze nie bedzie tlumaczyc,skoro nie je...Jak chce mam sie szybko uczyc jezyka i sama sie dowiedziec.Nie ma sprawy poczekam.
Nawet smakuje mi.
Po obiedzie szybko sprzatamy.Jose tez pomaga.
Troche trwal ten obiad,fakt zawsze duzo rozmow,projektow...Dzis tez gdzies wszyscy wychodza, odpoczywaja jedni,inni ida na strzelnice,ale tylko sprawdzic czy wszystko OK,gdyz jutro beda robic zawody.
Wychodzimy tez na zewnatrz, Anna chce mi cos pokazac,podchodzimy do drugiej strony budynku,gdzie kilka drzew,a gdy je mijamy widok tamuje mi dech.
To to co chciala mi pokazac.Zachod slonca,skapane gory w przedwieczornym snie.
Odcienie czerwieni na kazdej z gor nie dadza sie opisac.Tecza barw pomalowala swiat.
Wspanialosc chwili nie pozwala mowic.Stoje tak wpatrzena w dal,a slonce jakby chcialo pokazac swa moc,jeszcze rzuca promienie w cisze podziwu.Zolto czerwony krag powoli osuwa sie za jedna z bardzo odleglych gor,ale ciagle widac smugi na niebie,jakby mowilo zapamietaj mnie,bo jutro inny dzien.Jeszcze na innych gorach lekko sie tli slonca cien,a kolo mnie juz szaro.Za chwile i tam gasnie jakby swiatlo dnia,i tak powoli gasi sie swiatlo dnia na kazdej z gor,jakby nie moglo nagle schowac sie i odejsc.Zapalaja sie lampy w domach na odleglych gorach,sztuczne swiatlo zamienia w inny swiat te ziemie.Widze teraz ze i budynek kolo mnie tez juz oswietlony,odwracam sie do Anny,a nie ma nikogo,stalam wiec tutaj sama?
Powoli wracam do realnosci,podchodze do domu.Anna sie smieje,ze takiego cudaka by ogladal godzine zachod slonca jeszcze nie widziala.Coz to dla mnie godzina,gdy pierwszy raz widze cud natury.Niesamowitosc obrazu nie pozwala mi dyskutowac,wiec w ciszy dolaczam do prac......






















