Domek wygladajacy tak niepozornie z zewnatrz, okazuje sie malym hotelikiem dla Rodziny-poznajac go blizej, bo juz godzine jak probujemy wywietrzyc pokoje, a jest ich siedem dla gosci ,przetrzec kurze,s prawdzic czy wszystko przygotowane na przyjazd.
Okna zakratowane,rozumiem olbrzymie odludzie... Pokoiki niewielkie, ale bardzo milo przyjemnie umeblowane. Od strony gdzie podjechalismy nie bylo tego widac,ale domek jest postawiony na skale i ma dwie kondygnacje. Czesc,ktora sie mi wydawala parterem jest pietrem od drugiej strony. Pokoje juz przygotowane,teraz nas czeka salon i kuchnia,gdzie jeszcze nie bylam.
Kuchnia niby niewielka,ale urzadzona z wielkim sensem do pracy,tutaj poznaje nastepna osobe,a jest nia starszy czlowiek Jose,ktory przychodzi tutaj z odleglej wioski by przypilnowac domu,nakarmic psa (teraz wiem dlaczego buda psa lepiej wyglada niz on sam),odleglosc jest dosc duza w tych gorach,a jak syn go nie podwiezie to przychodzi na nogach.Teraz przyszedl,gdyz tez zajmuje sie gotowaniem dla wszystkich,a my tylko pomagamy...To wszystko napredce tlumaczy Anna,Jola jest z dziecmi na zewnatrz,przyjechali wczesniej by zostawic ja z dziecmi,a sami pojechali na jakies zakupy.Pod wieczor wszyscy powinni przyjechac.Ma byc okolo 15 osob plus 6 dzieci. Mam tu poznac ludzi u ktorych mam pracowac,coraz to wiecej osob do poznania,ale i tak dobrze ze mam tlumacza,dziewczyny miedzy soba rozmawiaja po polsku,co widac ze nie odpowiada Josemu,rozumiem go mnie tez drazni jak mowia i nie rozumie...
Salon- tutaj jest co sprzatac,choc tylko scieranie kurzu,uwazanie by nie rozbic pozbieranych przez cale zycie zapewne porcelanowych form zwierzat.Sciany pelne wypchanych zwierzakow:jelen,dzik,ptaki....pomieszczenie olbrzymie-kominek widac ze uzywany jeszcze czuc dym,ale mi mowia ze to ja czuje,gdyz dla mnie nowe,oni juz nie czyja jak przyjezdzaja po dluzszej niebytnosci...Wydaje sie im wszystko normalne,a dla mnie wciaz inne....
Z salonu jest wyjscie na taras,skad widok znow mi wstrzymuje oddech,gory przeciez to moj raj...Krynica w gorach lezy,lecz jakze inne tez sa te gory,ktos nie uwierzy lecz niebo tez innym sloncem na mnie patrzy z tej strony....
Nasz pokoik to male pomieszczenie przy kuchni,gdzie znajduja sie cztery lozka pietrowe,obok lazienka urzadzona skromnie lecz z gustem w starym stylu.Anna mi mowi,ze zachwyca mnie wszystko lecz chce mnie uslyszec po paru dniach pracy...Moze ma racje, choc staram sie robic tak samo jak ona, czego nie wiem pytam, w koncu w zyciu nie sprzatalam, choc mowia ze wszystkiego mozna sie nauczyc.
Zjezdzaja sie powoli goscie, zupelnie normalni sympatyczni ludzie, starsza Pani chce bym byla kolo niej by mogla mnie wszystkim przedstawic,a Anna znow uwaza,ze to ciekawe bo nikogo tak nie traktowala, wiec nie wiem czy mam czuc sie szczesliwa z wyroznienia,czy moze jak eksponat rzucony na wystawe do sprawdzenia,czy cos wart.
Jak narazie bawie sie swietnie, przyjechali tez chlopcy u ktorych bylam z Eduardem,widac ze Maria jest zaskoczona spotykajac mnie tutaj,ale po tlumaczeniu Anny,ze jestem jej znajoma traktuja mnie wszyscy jak czlonka rodziny. Nastroj zmienia sie lekko,gdy przyjezdza Senior rodu na wozku inwalidzkim ze swoim prywatnym opiekunem.Wszyscy juz sa kolo niego,choc mile lecz z wielkim szacunkiem?,a moze strachem podchodza do niego?. Czyzby Ojciec rodziny byl z Sycyli?. To tylko moje pomysly, Anna mowi ze poprostu odkad jest na wozku jest niemozliwy.Ja jednak widze cos co umyka innym,moze jednak mam racje?.....






















